środa, 18 stycznia 2017

Prolog

Kraj Wody, dwa lata przed masakrą klanu Uchiha.

Wzięła ze stołu bandaż elastyczny, w skupieniu opatrując lewą rękę. Wzrok uważnie podążał za materiałem, pilnując by każdy szczegół tatuażu został zakryty. Nie mogła sobie pozwolić, aby ktoś go zobaczył, zwłaszcza teraz – w jej mały dzień zwycięstwa. 
Przeżyła, świętowała kolejne urodziny, na zgliszczach wspomnień swego klanu. Była ostatnia, zapomniana, wykreślona z listy żywych. Kekkei genkai, z którego tak dumna była jej rodzina, zesłało na nich zagładę. To przez swe dziedzictwo żyła jak duch, nie należąc do żadnej z wiosek. Udawała kogoś, kim nie była, czasami dziecinnie pragnąc czegoś więcej. 
Odrobiny szczęścia.
Zdecydowanie  zasłużyła, choć dziś, na jeden uśmiech losu. Nie prosiła o nic więcej, to miał być jeden prezent na cały rok.  Wmieszać się w tłum i powitać nowy rok zupełnie tak jak oni – beztrosko. 
Sięgnęła po delikatną kolczugę, która krojem przypominała koszulkę na szerokich ramiączkach, wciąż zastanawiając się z jakiego stopu metali je wytwarzają. Były zdecydowanie lżejsze i bardziej trwalsze niż te, które znalazła w zgliszczach swego domu.  
Z ociąganiem założyła ją na nagie ciało, osłonięte jedynie bielizną, czując chłód tych kilkunastu tysięcy kółek, mających zapewnić jej dodatkowe bezpieczeństwo. Następnie wciągnęła na siebie górę od starego, białego kimona.  Dół był zniszczony i według niej niepraktyczny, przez co ucięła go tak, by móc całość związać obi. Czuła się bezpieczniej, kiedy długie, szerokie rękawy zasłaniały jej dłonie, nie wzbudzając niczyjej ciekawości.  Im mniej rzucała się w oczy, tym lepiej, a podczas parady w Konoha nikogo nie będzie dziwić kolejna przebrana osoba. 
W pośpiechu ubrała czarne spodenki i czerwone zakolanówki, na nogi wsuwając praktyczne sandały ninja. Dość niepewnie zerknęła w swoje odbicie w lustrze, widząc drobną nastolatkę o długich białych włosach i szarych oczach, które jej zdaniem oddawały starość jej duszy.
Zabrała ze stołu zwoje, które pomniejszyła za pomocą jutsu i schowała je w kieszeniach wszytych w szerokim pasie, podtrzymującym kimono.  Na koniec zapięła kaburę z kunaiami na udzie. Była gotowa. 
Wychodzę, miejcie mnie w opiece. 
Wychodząc z domu,  pochwyciła z wieszaka maskę lisa nakładając ją na twarz i ruszyła w stronę Konohy. Z Kraju Wody dotarcie tam na czas zajmie jej prawie cały dzień, a nie chciała stracić choćby jednej cennej minuty,
*
Konoha, dwa lata przed masakrą klanu Uchiha.

Z szerokim uśmiechem na twarzy, schowanej za maską obserwowała tłum ludzi przebranych w kolorowe stroje. Rozmawiali, śmiali się, trzymając w dłoniach zimne ognie, składając sobie wzajemnie życzenia.  Niczym potężne, mityczne zaklęcia, które nakładały się pod wpływem tak wielu głosów, lecz miały znaczyć to samo. Miały chronić mieszkańców Konohy.
Ulice przystrojone w kolorowe lampiony zupełnie ją oczarowały, jakby znalazła się w baśniowej krainie, gdzie nie istniało zło, ani wojna.  Jakby wspomnienia, które spędzały jej sen z powiek były tylko koszmarem, urojeniem jej wyobraźni. 
- Nie powinno cię tu być. – niespodziewane szarpnięcie, czyjaś dłoń zasłoniła jej usta. 
Przerażona z trudem zaczerpnęła powietrza, wracała do niej brutalna rzeczywistość. Nie była bezpieczna. Nawet tu czaił się mrok, który krok w krok podążał za nią niczym cień, czekając na jej potknięcie. 
Zabije mnie. 
Napastnik pchnął ją na jedną ze ścian budynków, między którymi stali.  Przyparł mocniej białowłosą przedramieniem do muru i zabrał dłoń, na co otwierała już usta, chcąc wezwać głośno pomoc, kiedy poczuła zimne ostrze tuż przy szyi.
Zamarła, obezwładniona strachem oraz przekonana, że to właśnie teraz wybiła jej godzina. Łudząc się, że była bezpieczna, popełniła takie głupstwo. Zachciało jej się wejść w paszczę lwa. Odwiedzić wioskę pełną shinobi! Jej klan zniknie tylko i wyłącznie przez jej głupotę.
- Kim jesteś i dlaczego nie masz przy sobie opaski skoro jesteś shinobi? – Ciche pytanie, wydane stanowczym głosem, niemal przyprawiło ją o zawał serca.
Nie wiedział, czy udawał, aby sama przyznała się do swojego pochodzenia?
Oddech nie chciał się uspokoić, gorączkowo próbowała znaleźć wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, ale jej położenie było na straconej pozycji. Napastnik był shinobi i w przeciwieństwie do niej mógł walczyć. Nie dość, że pokona ją w walce wręcz, to nawet gdyby hipotetycznie udało jej się uciec, mógł wykorzystać justu. A przed tym nie mogła się już obronić.
Spojrzała na jego twarz zaskoczona widząc również maskę. Brał udział w paradzie? Jak dawno ją obserwował?
- Nie jestem shinobi. Nie ukończyłam akademii – odpowiedziała cicho zgodnie z prawdą. 
- Więc co to jest? To na pewno jakieś jutsu – odparł i złapał jej lewą dłoń unosząc do góry, po czym zręcznie pomógł sobie drugą dłonią. Wciąż uniemożliwiając jej ucieczkę, podwinął rękaw, rozcinając shurikenem bandaż.
Zaskoczony wpatrywał się w tatuaż przedstawiający smoka. Czarne łuski lśniły na skórze dziewczyny, niczym prawdziwe, podczas gdy część tego niemalże arcydzieła przedstawiała tylko kontury, jakby artysta przerwał pracę w pośpiechu.
-  Shikuroi.. – mruknął cicho puszczając dziewczynę.
Ściągnął maskę z twarzy, a ta z niedowierzaniem wpatrywała się w oczy, od których nie można było uciec. Teraz już rozumiała, to była maska ANBU!
Wyższy od niej, prawdopodobnie w jej wieku, a już obudził kekkei genkai i został wcielony do ANBU! Tak młody…  jak wielki potencjał miał ten chłopak? Nie wiedziała, ale jej dalszy los spoczywał w jego rękach.
-  Uchiha – wymamrotała cicho, pokładając cicho wiarę w stare opiekuńcze duchy, by i tym razem nie zostawiły jej na pastwę losu. 
- Nie powinnaś tu być – powiedział cicho posiadacz Sharingana i poprawił rękaw kimona, zasłaniając znak rozpoznawczy jej klanu. 
- Nie wydasz mnie? – Pytanie wyrwało się z jej ust, nim zdążyła się powstrzymać, czując jak serce zabiło jej szybciej.
Nieufnie przyglądała się mu, wciąż doszukując pułapki. Chciał ją puścić wolno? Choć wiedział kim jest? Nie mogła w to uwierzyć. Nie ufała na tyle ludziom. Byli zbyt zdradliwi, zawistni. 
- Nie. Jesteś przecież młodym medykiem – odparł, wiedząc, co stało się z jej klanem podczas Trzeciej Wielkiej Wojny Shinobi.  Nie chciał mieć na sumieniu prawdopodobnie ostatniego członka akurat tego klanu. 
- Dziękuję. – Białowłosa wsunęła prawą dłoń w rozszerzenie rękawa drugiej i po chwili podała mu czarną łuskę, która, był pewien, zdobiła jej tatuaż.  – Gdybyś kiedyś potrzebował pomocy, dzięki temu mnie znajdziesz. – Dodała cicho.






Początki są trudne dla każdego – dla mnie również. Zwłaszcza jak porzuciło się pisanie kilka lat temu. Teraz po przeczytaniu kilku fantastycznych opowiadań na blogspocie postanowiłam spróbować swoich sił raz jeszcze.
Jeśli ktoś zna jakaś szabloniarnie lub osobę, która się tym zajmuje byłabym wdzięczna o zostawienie jakiegoś linka.
Pozdrawiam!